










|
Myślenie ma przyszłość
2007-02-17 00:38:31
Przemyślenia
Rozmowy rozwijają. Rozmowy dają nowe horyzonty, pozwalają poznać rozmówcę, znaleźć (lub nie) wspólny język i wspólne zainteresowania. Są motorem pomysłów i przyjemnym sposobem spędzania czasu. Rozmowy we dwójkę potrafią trwać parę długich godzin i wciągać znacznie lepiej od najlepszej książki. Rozmowy we trójkę mają mnóstwo plusów... i jeden wielki minus - wymagają znacznie więcej czasu. Bo jest o jedną osobowość więcej, o czyjeś skojarzenia więcej, o czyjeś historie więcej i o jedno zdanie więcej.
2006-11-20 21:04:46
Obserwacje
Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, zależy to tylko do dawki. (Paracelsus)
Wykład na Wydziale Biologii UW, prowadzony przez profesora dr hab. Bogusława Wiłkomirskiego, temat - Trucizny roślinne i grzybowe (miały być Współczesne problemy ochrony przyrody, ale chyba im się coś poprzestawiało). Nauczyciel biologii powiedział nam w szkole, że jest cała seria wykładów w ramach poniedziałkowych spotkań z biologią XXI wieku (to, że wisi ogłoszenie na tablicy w szkole, to taki szczegół). On miał iść z klasą pierwszą biol-chemu, ale organizacją uczniowie się nie popisali i w końcu nie poszli. Ale skoro polecał... Wykłady to jest coś, co lubię - zwłaszcza wykłady z biologii: zajmujące, życiowe i nawiązujące do wielu dziedzin. Oczywiście tempo wykładu jest dużo szybsze od zwykłej lekcji, ale mnie to opowiada - wreszcie nie ma powtarzania po sto razy jednego zdania, bo ktoś "nie nadąża" i notatki robi się samodzielnie. (Chociaż już po godzinie drżały mi ręce - wynik szaleńczego poszukiwania ulicy Miecznikowa 1.) Tak naprawdę tych wykładów (również na zajęciach z historii sztuki) fajnie byłoby po prostu posłuchać na spokojnie, nie robiąc notatek, które zabijają całą przyjemność słuchania. Niemniej wiem, że bez nich na dłuższą metę niewiele mi zostanie w głowie. Obserwacja otoczenia nasunęła mi się parę spostrzeżeń. Ja rozumiem, że niektórzy byli tam tylko dlatego, że musieli iść w ramach klas biolchemicznych, ale jakaś kultura osobista powinna obowiązywać. W trakcie wykładu słychać było rozmowy i głupie komentarze po słowach profesora "to przelecimy", odnoszących się do slajdów. Zaczynam podejrzewać, że ja naprawdę jestem egzemplarzem wyjątkowym, innym i dziwnym...
2006-09-19 19:05:48
Jesień
Na dworze jesień wyciągnęła swoją paletę i delikatnymi pociągnięciami wrzosowego pędzla maluje okoliczne drzewa ciepłymi, jasnymi barwami. Kasztany figlarnie wyglądają ze swych łupin, brązowiąc się w promieniach słońca, a lekki wiatr strąca słabsze liście, z wdziękiem rzucając je pod nogi przechodniom i z cichym szeptem odlatuje, żeby zagrać między blokami na nieśmiertelnych dudach. Lekka mgła nęci i woła, by usiąść w oknie z kubkiem gorącej herbaty i radować oczy pięknym krajobrazem, któremu dodają uroku ciemne sylwetki ptaków, wykonujących w powietrzu fantazyjne figury. Przesnute chmurami niebo zwiastuje pierwszy jesienny deszcz, gwałtowny jak wicher i krótki jak mgnienie oka, po którym nastąpi pora słoty i rozmyślań. Myśli powoli otwierają oczy, nieśpiesznie budząc się z długiego snu, przeciągają się i gromadzą w przytulnym salonie. Już niedługo rozpalą kominek i będą rozpamiętywać dawne dni, zapomniane chwile i minione wydarzenia, których były świadkami. Inne przychodzą i rozglądają się po okolicy, zastanawiając się czy to tutaj będzie ich nowy dom. Przybywają również emocje, niosąc ze sobą uczucia - nieodłącznych partnerów myśli. Za oknami mży, a pokój wypełnia się gwarem rozmów, co jakiś czas przerywanych nagłymi wybuchami gniewu, płaczu i śmiechu.
2006-08-28 18:01:40
Końcówka wakacji
Czcze nadzieje i nienawistne myśli
Ostatni tydzień wakacji zapowiada się na siedzenie w książkach. Nie, nie spędzę go na czytaniu - co by nie było złe - ale na odkurzaniu i katalogowaniu części domowej biblioteki - tej większej, bo czterech regałów z mojego pokoju. Wszystko pięknie, robota potrzebna i nawet przyjemna, tylko okropnie się nie chce. A mija dzień za dniem, prace stoją w miejscu, z domu się nie ruszam, wisi nade mną zaległa obiecana robota (co gorsza razy dwa, druga nieco świeższa). Dni krótkie, przy systemie wstawania o 11, w porywach do 12-13 za chwilę robi się znienawidzone popołudnie, a potem noc. Przygnębia mnie liczba przeczytanych przez wakacje książek, która jest jakaś zastraszająco mała. Założę się, że w roku szkolnym natychmiast mi wróci ochota do lektury. Proste jak teoria ewolucjii - im mniej czasu, tym więcej się czyta. Z postanowień wakacyjnych nie zostało zrealizowane ani jedno, co również mnie przygnębia. Poza tym mam problemy z zasypianiem, co mi wcale nie poprawia nastroju. Przeszkadzają mi hałasujące gryzonie, za co je ganiam i w efekcie nie śpię, przeszkadza za późne wstawanie i przeszkadzają myśli o pewnych osobach od których się nie mogę uwolnić. Diabli nadali, nic innego. Ogólnie rzecz biorąc chandra okołoszkolna kwitnie z zachwytem i rozrasta się w słońcu czwartego września, a zły nastrój nie zmienia swojego położenia.
2006-07-15 21:59:59
Nie
Tak łatwo burzyć
Wiecie, jakie to uczucie... kiedy myślisz, że mógłbyś właściwie coś napisać? Włączyć nastrojową muzykę, siąść przy biurku, położyć przed sobą ładny, duży notes, wyjąć ukochane pióro, zapomnieć o reszcie świata i pisać? Pisać aż do zachodu księżyca, poświęcić mu jedną myśl, a potem zwinąć się w kłębek w miękkiej pościeli i zasnąć? Spać, aż do zachodu słońca. ... kiedy wchodzisz do swojego pokoju i marzenia walą się w gruzy? Kiedy masz ochotę rzucać przedmiotami o ścianę, trzaskać drzwiami, krzyczeć, zrobić komuś krzywdę, gryźć pościel i... nie chcieć tego wszystkiego jednocześnie? Nie? Nie. Nie, takie proste słowo, a tyle treści w nim zawarte, tyle bólu można nim zadać. Słowo, które zabija. Zabija po kawałku, zatruwając duszę powoli, nasączając ją całą. Furia, złość, wściekłość. Zatruwają nie tylko duszę, ale również otoczenie, są jak zaraza, która przenosi się z osoby na osobę, z miejsca na miejsce. Są takie miejsca, w których najłagodniejszy człowiek nie jest w stanie pohamować negatywnych emocji. Tam mieszkali cholerycy i furiaci, przez lata niszcząc siebie, odstraszając dobre myśli i pozytywne uczucia. Złość niszczy, a zniszczone złością może odbudować przyjaźń, dobroć i miłość. Pod warunkiem, że ktoś w takich miejscach wytrzyma. Większość nie wytrzymuje. Albo ucieka, albo sama staje się zła, zatruta, zarażona. Zarażona złością i bezsilnością. Bo furia to objaw bezradności. Furia, złość, wściekłość. Twardo brzmiące słowa, świszczące dźwięki. Świst odstraszający ptaki i zabijający rośliny. A wszystko dlatego, że ktoś kiedyś kopnął kamień, rzucił poduszką o drzwi, zaklął, krzyknął.
2006-03-26 20:41:19
Uzależnienie
Jestem nałogowcem i nie boję się tego przyznać. Jestem książkoholikiem. Nałóg, który pożera czas przeznaczony na pracę (opcjonalnie odrabianie lekcji), spacery, prace domowe, spotkania towarzyskie. (Chociaż zależy, z jakim towarzystwem. Bo jeżeli jest bliskie sercu, to nałóg w takim stopniu, jak mój, nie wadzi, wręcz pomaga.) Angażuje umysł i ciało (mam zwyczaj jeść przy czytaniu, ostrzegam - zgubne dla zdrowia), wciąga jak wir wodny, przenosi w świat opisywanej fabuły, sprawia, że chcesz więcej i więcej i więcej. I masz trudności z powiedzeniem "stop, teraz pora na coś innego". Bo przecież jak można oderwać się od książki w środku akcji? Zostawić mordercę czyhającego za drzwiami, łowcę przygód na zakręcie życia, parę, która lada chwila zda sobie sprawę z tego, że wcale nie powinna być razem? No jak? Jestem książkoholikiem wymagającym. Nie zadowolę się byle tekstem, tylko po to, żeby czytać. Tekst musi mieć poziom. Poprawność gramatyczną, ortograficzną, składniową. Fabuła sens i logikę. Akcja musi być ładnie prowadzona i przemyślana, a słowa dobrze dobrane. Niezbyt proste zdania. Całość po prostu musi mnie zainteresować. Książkoholicy wystają w kolejkach do bibliotek, polują na okazje książkowe, mają namierzone i regularnie odwiedzają antykwariaty i tanie książki. (No, tu jestem wyjątkiem, pojęcia nie mam, gdzie są.) Kupują książki nawet wtedy, kiedy zbierają na komputer, żeby wreszcie zejść rodzinie z głowy i móc siedzieć przy klawiaturze do woli ("Bo przecież ja to muszę mieć!"). Książkoholicy się rozwijają. Czytają, poznają nowe słowa, uczą się poprawnie wysławiać, skupiać uwagę i rozumieć tekst o wysokim stopniu trudności. Książkoholikom w pamięć zapadają autorzy i tytuły, czasem całe dialogi (znam taką osobę, co pamięta przeczytany tekst po iluś latach). Książkoholikom łatwiej poruszać się w świecie, jako że wiele sytuacji i zagadnień znają z książek. Ale książkoholik powinien mieć jakieś zainteresowania poza książkami. Podróże dobrze uzupełniają życie książkoholika. Zwiedza miejsca, o których czytał, przygląda się różnym kulturom, poznaje ludzi i tradycje. Nauka języków to dla książkoholika ważna rzecz, gdyż dzięki temu może przeczytać dzieło nieprzetłumaczone na język ojczysty w oryginale, a w podróżach nie potrzebuje tłumacza. Może się porozumieć z różnymi ludźmi i staje się osobą kontaktową, dzięki tej pewności siebie. Książkoholik powinien się rozwijać, kiedy ma okazję, dyskutować o przeczytanych dziełach, czytać książki o dziełach, poznawać punkty widzenia krytyków. Książkoholik nie powinien zaniedbywać poezji, interesując się wyłącznie prozą. Książkoholik, o ile w odpowiednim czasie nabędzie wymienione umiejętności jest świetnym partnerem do rozmowy o wielu rzeczach, jest kontaktowy, ale wymaga od drugiej osoby przyzwoitego poziomu kultury osobistej i zachowania poziomu dyskusji, zwłaszcza na kontrowersyjne tematy.
2006-02-02 17:55:31
Rozmyślania
Tyle jest niewypowiedzianych myśli... Często czuję, że jestem w jakiś sposób kimś wyjątkowym, lepszym od innych. Że wiele widzę, wiele rozumiem i wiele w głębi umysłu wiem. W myślach mam wszelkie kolory i barwy, wszelkie dostępne dla mnie słowa, żeby opisać świat, żeby wypowiadać się składnie i z sensem. WIEM, że jestem kimś. Ale na tej wiedzy się kończy, wszystkie te myśli zostają głęboko we mnie, pochowane z zakamarkach umysłu "żeby-tylko-się-nie-zgubiły" i powoli opadają w mgłę zapomnienia. Czasem przypadkowo odnajdę którąś z nich i ze zdziwieniem stwierdzę - „Czy to naprawdę jestem ja?" Czuję, że to wszystko się gdzieś marnuje. Kiedy nie umiem dobrać odpowiednich słów przy odpowiedzi na lekcji. Kiedy opowiadam komuś historię i widzę, czuję, że on nie słucha tak, jak by mógł i że to moja wina. Coś we mnie krzyczy, żeby te myśli ratować, nie dać im zginąć i wyblaknąć. Zachować je przy życiu. Dlatego mówię o sobie do tych, którym ufam - próbuję odnaleźć siebie w tym nieskładnym mówieniu, w całej tej nieporadności i ucieczce w siebie. I to prawdziwe "ja" pokazać. Ale potrafię przesadzić, zmęczyć swoją osobą i sprawić, że ludzie mają mnie dosyć. I wtedy, zamiast odnaleźć siebie, tylko jeszcze bardziej się gubię. Zamykam się za świeżo otwartymi. Pod maską "nic mnie wasze złośliwe uwagi nie obchodzą" chowam oczy, które mówią o moim "ja", chowam ręce, szukające ciepła i przyjaźni. Zaszywam się w kąciku z kaloryferem i kawą. Uciekam w książki, w świat, gdzie nie trzeba się bać, że ktoś się odwróci. Książki to zawsze wierni przyjaciele. Te czytane po wielokroć i te, które spokojnie czekają na swoją kolejkę. I przede wszystkim te, które zostały odłożone w geście zniechęcenia. Uciekam, odstaję od świata. Mam łątkę niepijącego, wiecznie uczącego się kujona", nudnej osoby. I tym podobne. Próbują mi dokuczać, nie mogąc mnie zrozumieć. I nie chcąc, powiedzmy szczerze. Czepiają się mojego głosu, śmiechu, gestów. Robią przykre uwagi albo zadają nieprzyjemne pytania.
2006-01-20 15:20:40
Krukon z kryzysem osobowości
Ostatnio coraz mniej myślę nad sobą. A jeżeli to pobieżnie, po łebkach. Jak się zabiorę do głębszej analizy, to zawsze dochodzę do jednego i tego samego wniosku „Merlinie, ale beznadzieja! Niczym się nie interesuję, pisac nie umiem, rysować nie umiem, o śpiewaniu nawet nie warto wspominać. Nawet wyjście z domu sprawia mi czasem problem. I wyrażać się nie umiem tak, żeby było krótko i zrozumiale. Opowiadać też nie umiem.”
Etc. I wtedy mam ochotę coś rozwalić, żeby tylko zagłuszyć te myśli. I tak sobie uciekam i uciekam od myślenia. Nie czytam ostatnio prawie wcale, nie ciągnie mnie do książek. Do nauki też nie, ale uczę się, w ostatnich chwilach co prawda ale jednak. Bo sumienie mi nie pozwala nie uczyć się i zawalić. I wyrobiona opinia takoż.
Zdaje sobie sprawę, że to wygląda dla otoczenia jak zwykłe marudzenie, ale ja naprawdę nie potrafię się za nic zabrać. Martwi mnie to strasznie, ta bezproduktywność. I za cholerę nie umiem tego zmienić.
2005-11-25 16:08:26
Nieuczesane rozmyślania
Czasem człowiek ma wrażenie, że nie ma szans na napisanie czegoś nowego. Bo wszystko już było, bo wszystkie tematy zostały poruszone, bo nie da się pisać, nie czerpiąc ze swoich mistrzów. A jeśli jest się na etapie silnego zauroczenia nimi, a jednocześnie braku umiejętności, to bardzo szybko wyjdzie nędzna kopia, osadzona może w innym świecie, ale tylko kopia. Odlew, rzekłbyś. Tak... rzeczywiście wszystko już było, na setki różnych odmian i tysiące pod-odmian. Na samą myśl umysł ogarnia zniechęcenie, dementor plącze się pod drzwiami, a ciało najchętniej zasnęłoby i zapomniało, prawda? Z całą pewnością mogę powiedzieć – tak. Kiedy przebrzmi odpowiedź, a szalejące żywioły się uspokoją, to może da się usłyszeć ciche, ale ciągle powtarzane pytanie: w takim razie skąd tyle nowych książek? Odpowiedź również przychodzi. Może od razu, może dopiero po jakimś czasie, a może po wielu wielu latach. Bo książki są jak kamienne rzeźby. Czyż kamień nie jest jednolity? Szara skała, z której powstało tak wiele kształtów i form. A jednak daje się wciąż wydobyć z niej całkiem nową duszę. Duszę, która zachwyci i zmusi do chwili spokojnego milczenia. Do tego potrzeba zręcznego rzeźbiarza. Rodzi się kolejne pytanie: czy tylko tyle? Wiele osób umie kuć w kamieniu, a przecież znakomitych rzeźb wciąż powstaje proporcjonalnie bardzo mało. I ta odpowiedź nasuwa się z łatwością: nie wystarczy zręczny rzeźbiarz. Potrzebny jest dobry przyjaciel, czuły partner, mężny wojownik i niewinne dziecko - spleceni w jednej duszy i nierozerwalnie spojeni. Tylko przyjaźń pomoże oswoić Słowo i kształtować je tak, aby było posłuszne. STOP! Tutaj pojawia się błąd w rozumowaniu. Ono nigdy nie będzie nam posłuszne, gdyż byłoby to niewolnictwo. Dobrze oswojone będzie chętne do współpracy, będzie dobrym partnerem, dobrym przyjacielem. Tak jak i pomysły. Trzeba umieć uchwycić myśl w lot, zapamiętać w takiej postaci, w jakiej się pojawiła i przechować. Dobry pisarz musi umieć stworzyć własną myśloodsiewnię. Umiejętność cierpliwego czekania na Słowo, na Pomysł, na Realizację, na ten właściwy Czas jest sztuką przez duże S. A nam tego brakuje. Brakuje i odczuwamy to boleśnie na każdym kroku związanym z literaturą. Zazdrościmy i płonie w nas bezsilna nienawiść, skierowana bardziej przeciw sobie, niż przeciw innym.
2005-09-25 17:36:20
słowo czy Słowo?
Jak rzecze najsłynniejsza księga świata: "Na początku było Słowo". Ale co to było Słowo? Kto to wie? Niektórzy twierdzą, że to byt - siła stwórcza, która istnieje do dzisiaj. Inni zaś, że "Słowo", to forma stworzona przez ludzi, mająca zastąpić niewyjaśniony początek świata. Czym dziś jest Słowo? Świat bez Słów praktycznie nie istnieje. Mówimy, piszemy, słuchamy, czytamy, tworzymy dzieła literackie, ranimy i dajemy radość za pomocą Słów. Więc czym jest Słowo? Nieodłączną częścią życia. Od lat próbujemy nad nim zapanować, okiełznać je. Dlatego powstaje wiele nieudanych wierszy, wiele tworów, które nie nadają się do niczego, poza śmietnikiem. Ci, którzy takie rzeczy tworzą, próbują być panami Słowa. A tymczasem Słowo powinno być naszym PRZYJACIELEM. Przyjacielem na całe życie. Tak niewielu to zrozumiało. Zwiemy ich poetami i słynnymi pisarzami. Wieszczami. Tylko, co mają zrobić ci, którym Słowo nie chce tak łatwo zaufać? Powinni stale ćwiczyć, podchodzić do niego ostrożnie, oswajać, niczym Mały Książę Lisa. Delikatnie, nieśpiesznie, powoli i w pocie czoła. Ale wciąż i wciąż. Aż w końcu Słowo poda im dłoń na znak przyjaźni, pióro zacznie pisać gładko, bez skrzypienia i kleksów. Słowa będą spływać na pergamin niczym śpiew feniksa. Płynnie, zgodnie, harmonijnie.
Słowa wyrażają emocje. I rany zadane Słowami są najcięższe i goją się bardzo wolno. Jeśli w ogóle. Co ciekawe - boimy się wyrażać pozytywne uczucia, a z negatywnymi nie mamy problemów. Łatwo powiedzieć: "Nienawidzę Cię!", a potem trudniej "Przepraszam". Czy w ogóle "lubię Cię" "kocham Cię" "jesteś dla mnie ważny/ważna". Właśnie te emocje nadają słowom znaczenie i zabarwienie. Co ciekawe - ileś razy czytany tekst traci na mocy i uczucia w nim ukryte słabną, blakną, niczym atrament w starych księgach. Tak mnie się z początku wydawało. Ale po jakimś czasie one znów przybrały na znaczeniu i rozszalały się we mnie emocje. Myślę więc, że natężenie emocjonalne słów zależy od stanu, w jakim znajduje się adresat/czytający.
|
|